Majówka prawie idealna? :)

W tym roku wśród znajomych słyszałem o trzech miejscach na majówkę. Osp, Arco oraz Paklenica. Gdzieś tam jeszcze ktoś wspominał o jakiejś Hiszpanii, ale to były pojedyncze głosy.

Mój wybór, dokładnie jak 9 lat temu (tempus fugit!) padł na Arco. Miejsce wciąż tworzące historię wspinania sportowego (Arco Rock Masters), znane z dobrej pizzy (jak to we Włoszech) oraz z pysznych lodów 🙂

Arco, welcome to! 🙂
A w tle białe szczyty…

Ale ad meritum, czyli do wspinania 🙂

W Arco każdy znajdzie coś dla siebie. Sektory są rozrzucone, sądzę, że na przestrzeni jakichś 50 kilometrów dookoła miejscowości. Trudności dróg łapią zarówno dolną, jak i górną część skali, czyli zaczynają się od 2a, a kończą na 9b-, co daje możliwość wspinania się dla każdego.

Jak wszędzie, i tu są sektory bardziej i mniej popularne. My wybieraliśmy to, do czego mieliśmy najbliżej, ale najpopularniejsze też odwiedziliśmy, starając się zachować jak najlepsze wspomnienia ze wspinania 🙂

topo

Mapka z rejonami. w okolicy Arco

Meldowaliśmy się więc w Belvedere, Nago (tu deszcz nas przepędził w momencie wkładania butów wspinaczkowych), La Gola, Massone, Regina del Lago oraz Val Lomasone. Czyli codziennie gdzie indziej, codziennie proponując sobie inny charakter wspinania.

Ponieważ dla mnie był to wyjazd urlopowy, pojechałem powspinać się, bez jakiegoś większego ciśnienia. Cele obierałem głownie ze szczęśliwą siódemką z przodu, ale znalazły się i drogi szóstkowe, a nawet jedno 3a 🙂

Wspinanie w pięknych okolicznościach przyrody 🙂
Sektor Belvedere.
Fot. Kali

Oczywiście nie byłbym sobą, jeśli nie pojechałbym dodatkowo gdzieś pozwiedzać oraz nie zrobił czegoś (przynajmniej w danej chwili) głupiego 😉

Głupie w moim przypadku było lekkie przegięcie z liczbą, trudnością (może o plusa na jednej drodze… ;)) i częstotliwością dróg pierwszego dnia. Jednak osiem dróg w stopniu 6c-7b+ (oczywiście dodatkowo pomyliłem 7a z 6c :p) robione prawie że jedna za drugą, to zbyt dużo na pierwszy dzień, w związku z tym, droga numer dziewięć zrzuciła mnie, niszcząc mi przedramiona przy trzeciej wpince 🙂

Podejście pod Nago
Fot. Beata

Plany na kolejny dzień pokrzyżował nam deszcz, wyganiając nas spod Nago zanim przygotowaliśmy się pierwszej drogi… Wybór więc padł na grotę w La Gola. Nie miałem tam dużo do zrobienia na „rozwspin”, więc „wyczyściłem” ścianę z dwóch 7a+ i 7c, która poddała się w drugiej próbie z trickowym wyjściem z okapu nogą do przodu z podhaczonymi palcami – interesting 🙂

2008, pierwsza wizyta w Arco, pierwszy „nietoperz” 🙂

Dzień restowy spędziliśmy z małżonką w Wenecji, zwiedzając Bazylikę Świętego Marka oraz kręte uliczki, próbując wrócić (trafić? 😉 ) do samochodu. Romantyczny obiad w jednej z knajpek na jakimś placu tylko dodaje uroków tej wycieczki 🙂

Tak pięknie romantycznie 🙂

Po takim wypoczynku i dwóch i pół dniach rozwspinu podjąłem decyzję o wstawce w coś trudniejszego w celu sprawdzenia rezultatów przepracowanej zimy. Wybrałem tym razem na mały sektorek Regina del Lago z przewagą dróg do 5c-6c (z myślą o drugiej części ekipy, Marku i Arku) oraz jedną 8a schowaną w grotce (przynajmniej tak wychodziło z opisu). Opis drogi „Great overhang/roof with tufas and stalactites.” sam w sobie już zachęcał.

Podejście pod Riva del Garda

Podejście pod ścianę okraszone pięknymi widokami i szumem wody ‒ tej w strumieniach poniżej, jak i na liściach drzew ‒ zajęło nam trochę więcej niż standard opisany w przewodniku. Kiedy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazała się pięknie wyrzeźbiona grota. W środku jedna droga, plus cztery na jednej z bocznych ścian. Szybka rozgrzewka na proponowanych w tym miejscu 6b i po chwili odpoczynku wstawiłem się w drogę.

A takie widoki towarzyszyły w drodze powrotnej 🙂

Dawno nie wspinałem się z tak „czystą” głową, szedłem, czerpiąc przyjemność z każdego ruchu, nie czując presji, że właśnie teraz muszę tę drogę zrobić. W połowie dotarłem do pierwszego „no-hand resta”, w którym spędzam dobrych kilka minut (nie wiem ile, bo wspinanie zagina czasoprzestrzeń ;)), czekając, aż krew dopłynie mi do palców i przestaną być skostniałe, w międzyczasie, pomny doświadczeń brata przegryzam orzecha brazylijskiego i daktyla- najgorzej było je wygrzebać z kieszeni spod uprzęży :p

Pierwsze pasaże
Fot. Kali

Ruszyłem dalej. Chwyty o dziwo ciągle dobre, idę, słysząc z dołu głos Marka liczący, ile jeszcze wpinek mi zostało. Przedramiona z każdym ruchem coraz bardziej nabrzmiewają. Docieram do kolejnego stalaktytu, szybki zarzut nóg na niego i zbawienny rest… Mimo że siedziałem na nim niemalże jak na krześle, bałem się wykonać jakikolwiek ruch, bo: a) nie trzymałem się chwytów choć były dobre ‒ przedramiona miałem mega zbułowane; b) czułem, jak skała uciekała mi spod nóg, razem z podwijającą się nogawką uprzęży… Do stanowiska miałem półtora metra… Kwestia tylko przejścia na drugą stronę sopla i wstania na nim, żeby się wpiąć…

Jeszcze tylko się wpiąć…
Fot. Kali

Znowu kilka minut mija na restowaniu, w czasie którego toczyłem rozmowę z Markiem sugerującym mi zwieszenie się głową w dół. W końcu podjąłem próbę odwrócenia się, chwyty znalezione, na spokojnie odhaczyłem nogi i przestawiłem je na stopnie. Przewinąłem się, poprawiłem na chwytach i zrobiłem wpinkę do stanowiska. Tak! Pierwsza 8a w najczystszym stylu w końcu się poddaje! 🙂

No i się udało! 🙂
Fot. Kali

Zmęczony, ale z wielkim uśmiechem, zjechałem na ziemie. Dziesięć minut dochodzenia do siebie i podjęliśmy decyzję, że skoro przestało padać, idziemy na drugą część sektora. Tam chłopaki robią kilka dróg w przedziale 5c-6a+, a ja dorzucam jeszcze bardzo ładne, długie 6b i 6a+. Po zejściu do samochodu naszym oczom ukazała się piękna tęcza.

Tęcza nad doliną

Ostatni dzień. Wybieramy dosyć daleki rejon ‒ Val Lomasone. Położone w drugiej dolinie, w pięknym górskim otoczeniu. Przeważają tu drogi pionowe oraz połogie, znowu pełne spektrum trudności od 2a do 8a+. Korzystając z pięknej pogody, braku spręża i lekkiego zmęczenia stawiam na drogi łatwiejsze. W związku z tym podają trzy 7a. Każda urodziwa, ucząca i inna.

Takie widoki w drodze do Val Lomasone 🙂
Fot. Beata

Koniec wyjazdu, trzeba się było zbierać. W związku z tym Arco pożegnało nas deszczem.

Rolowanie pomaga rozluźnić mięśnie 🙂
Fot. Beata

Arco przez sporą grupę osób uważane jest za trudny rejon. Dla mnie to miejsce magiczne. Jeśli chodzi o widoki, ilość i jakość wspinania (wiadomo, są perełki, jak i brzydale), pizze i lody (obłędne!). Moja magia wspinania tutaj polega na tym, że to tu właśnie zrobiłem swoje pierwsze 7b i teraz 8a on sightem. Na pewno kiedyś jeszcze tu wrócę, tyle pięknych dróg czeka.

Wielkie podziękowania dla:

Za wsparcie odzieżowe

za opiekę fizjoterapeutyczną

 

Za zaplecze treningowe

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s